Poniższy tekst dydkykuje wszystkim miłośnikom gry World of Warcraft.
FOR THE HORDE !!!!
FOR THE HORDE !!!!
Garrosh już wiedział.
Ciężkie krople deszczu z głuchym łoskotem odbijały się od
jego naramienników, bezlitośnie zagłuszając bicie serca. Stał na środku ogromnego placu, gdzie oczy
wszystkich współplemieńców były skierowane na niego. Pomimo tych wszystkich
upokorzeń, których na przestrzeni ostatnich dni doznał, stał dumnie. Ostatni,
lecz z pewnością najgroźniejszy ryk jaki kiedykolwiek wydał uwolnił się z
masywnego gardła, rozszedł się po okolicy niczym fala uderzeniowa raniąc serca
wszystkich, którzy do końca trzymali stronę swego wodza. Garrosh już wiedział, choć nikt bezpośrednio
nie zdradził mu dokąd zmierza, wiedział, że nigdy już tu nie wróci. Podczas
swego heroicznego, życia wódz był pewien tylko dwóch rzeczy: siły swych mięśni oraz przeczucia, nadchodzącej
próby. Dziś stojąc podczas deszczu nadszedł
ten dzień. Zacisnął pięść w poszukiwaniu znajomego chłodu stali, lecz
jedyne co poczuł to zrogowaciałą skórę dłoni, przystosowaną od najmłodszych lat
do ciężkiego wysiłku. Broń odebrano mu na samym początku, oczywiście stawiał
opór, lecz wycieńczony kilkudniowym karcerem w obliczu przewyższającej liczby
przeciwników skapitulował. Starał się nie unikać wzrokiem spojrzeń orków
stojących po dwóch stronach wyrzeźbionego przez nieprzychylny klimat wąwozu. W
końcu doszedł do pierwszych, niedbale wyciosanych w drewnie schodów, gdy
wchodził na w pośpiechu zmontowane podwyższenie starał się nie myśleć o
czekającej go przyszłości. Poślizgnął się na mokrych od deszczu schodach, lecz
nie upadł w ostatnim momencie podpierając się dłonią. Zobaczył jak po
nierównych schodach przepływa woda
szukając ujścia, poczuł jak delikatnie podmywa jego dłoń, próbując ominąć
przeszkodę i wrócić do swego pierwotnego nurtu. Tylko dwa schody dzieliły go od
przeznaczenia. Odwrócił się po raz ostatni by spojrzeć na zarys kanionu. Po horyzont ciągnęła się niczym bruzda na
ciele rannego wojownika dolina, w której się wychował. Pokonał ostatnie stopnie
i znalazł się na podwyższeniu. Nie słuchał tego co mówiła rada starszych,
skupił się na muzyce deszczu, która wybijała takt życia tak rzadko występującej
tutaj roślinności. Spojrzał przed siebie i ujrzał olbrzymią drewnianą obręcz, w
której przeciwnie do ruchu planet poruszała się czarna, dziwnie elastyczna maź.
Nagle dwoje strażników stanęło za jego plecami popychając go naprzemiennie
trzonkami swych włóczni. Gdy znalazł się metr od obręczy nagle zrozumiał, cel
swojej wędrówki. Uderzenia strażników nie ustępowały, po plecach masywnego orka
przebiegły pierwsze oznaki bólu, które rozchodziły się po ciele niczym dreszcz
wywołany pierwszą kroplą deszczu. Błyskawicznie odwrócił się, wytrącając siła
rozpędu włócznie pierwszemu strażnikowi. Zaskoczony obrotem spraw drugi z nich
zareagował o pół sekundy za późno. Potężna pieść Garrosha spadła na niego niczym
grom łamiąc szczękę w dwóch miejscach.
Dzielny wódz był już bliski zwycięstwa, gdy nagle olbrzymia siła pchnęła
go w czarną otchłań. Oszołomiony zdołał dojrzeć dwóch szamanów wycieńczonych
rzuconym zaklęciem, po czym poczuł ogarniający go strach gdy czarna jak
bezgwiezdna noc masa pochłaniała jego umięśnione ciało. Próbował krzyczeć, lecz
substancja wlała się do jego ust, zalewając go od środka niespotykanym chłodem.
Garrosh tonął.
Była 1.30 gdy Sylwia wychodziła z jednego z warszawskich
klubów, padało. Kolejny raz dała się nabrać na obiecanki Michała i jego
przyrzeczenia odnośnie dobrej zabawy. Była wściekła na siebie, i na tą rudą
sukę, która szeptała Michałowi do ucha za każdym razem gdy Sylwia odwracała
wzrok. Na ulicach było pusto, większość przechodniów pochowała się w barach
lub w domach, lecz ona nie miała w tej chwili ochoty znajdować się nigdzie
blisko ludzi. Deszcz mimo swego chłodu delikatnie koił nerwy dziewczyny,
oferując jej to czego najbardziej teraz pragnęła. Katharsis. Mijała skwer zieleni
naprzeciwko Pałacu Kultury i Nauki gdy nagle usłyszała za sobą niepokojący
dźwięk. Wystraszona odwróciła się, lecz to co ujrzała do tej pory wydaj się jej
niemożliwe. Dwa metry za nią, w kałuży ciemnej substancji leżał olbrzymi,
bardzo dobrze zbudowany nagi mężczyzna. Sylwia ostrożnie podeszła do obcego.
- Nic panu nie jest ? Spytała dziewczyna, lecz nieznajomy
nie reagował, nadal klęczał w dziwnej czarnej substancji wpatrując się w swoje
dłonie.
- Halo, słyszy mnie Pan? Znowu cisza, lecz tym razem nieznajomy
podniósł nieco głowę. Sylwia w swoim życiu wiele razy spoglądała w oczy
mężczyzn, lecz to co ujrzała w oczach nieznajomego poruszyło nią całkowicie. W
jego oczach dziewczyna wyczytała wszystko to czego od tak dawna szukała,
odwagę, honor oraz męstwo.
- Jak się Pan nazywa ? Wezwać pogotowie ? Nieznajomy nagle
wstał, ukazując w pełnej krasie swoje muskularne ciało, wyprostował się, a
węzły mięśni przebiegły po jego brzuchu układając się w idealny sześciopak.
Spojrzał na dziewczynę i tubalnym, nie znoszącym sprzeciwu głosem powiedział
-Nazywam się Garrosh! Gdzie jestem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz